Jeżeli coś może się nie udać, nie uda się na pewno – głosi powszechnie znane prawo Murphy’ego. Zasada ta, choć sformułowana kilkadziesiąt lat temu, jest w rzeczywistości stara jak świat. Cóż dobrego można bowiem wróżyć przedsięwzięciu, którego autor już na samym starcie wychodzi z założenia, że poniesie porażkę? Szkoda czasu i atłasu – bez pełnego zaangażowania i stuprocentowej wiary w sukces da się najwyżej utrzymać zdobyty wcześniej stan posiadania, a i to na krótką metę. Wiedzą o tym dobrze ludzie sięgający po laury w sporcie, w którym największą klęską bywa często uznanie własnej doskonałości. Historia dostarcza aż nadto tego rodzaju przykładów, lecz – na szczęście – równie dużo, a może nawet więcej dowodów na to, iż dzięki hartowi ducha można podnieść się z sytuacji wręcz beznadziejnej. Czasem zupełnie beznadziejnej…
Obecne położenie Orląt (pięć punktów po rundzie jesiennej i dziesięć „oczek” straty do zespołów spoza strefy spadkowej) to z pewnością jeden z takich przypadków. Jest on jednak identyczny, jak przypadek Groclinu Grodzisk Wielkopolski w sezonie 1999/2000. Ekipa z małego miasteczka nieopodal Poznania zajmowała wtedy po pierwszej części zmagań w Ekstraklasie ostatnie miejsce, legitymując się pięcioma zdobytymi punktami. Co takie „ogórki” robią w pierwszej lidze? Czy nie lepiej się od razu wycofać? – pytano kpiąco jak Polska długa i szeroka. Drwiny okazały się przedwczesne. Wiosną Groclin wywalczył na boisku… 31 punktów i zajął bezpieczną jedenastą lokatę w gronie szesnastu drużyn. Można? Tak, i to nawet pozwalając sobie na trzy porażki w czterech pierwszych wiosennych meczach. Oczywiście pod warunkiem, że w następnych dziesięciu zanotuje się dziewięć triumfów i remis…
Kolejny przykład to zespół niejako „z urzędu” skazany na to, by w szczególny sposób analizować jego wiosenne występy. Mowa o łódzkich „Rycerzach Wiosny”, czyli piłkarzach ŁKS-u. Wprawdzie przydomek ten najczęściej nie odzwierciedla stanu faktycznego i dobrze wygląda wyłącznie w mediach, lecz i od tej zasady zdarzył się wyjątek. Na półmetku sezonu 2007/08 mało kto dawał łodzianom szanse na uchronienie się przed spadkiem z Ekstraklasy. Jedenaście punktów w siedemnastu spotkaniach nie wystawiało tej ekipie najlepszej cenzurki, za to sytuowało ją na jak najlepszej drodze do spadku. Wiosną do rozegrania pozostało zaledwie trzynaście pojedynków, lecz dla ambitnego ŁKS-u nie miało to większego znaczenia. Końcowy bilans – 30 punktów, jedenasta lokata, utrzymanie w Ekstraklasie.
Można szukać wśród krajowej elity, można również w niższych ligach. Jako że bliższa ciału koszula, wskażmy na trzy podobne przypadki sprzed roku, zaobserwowane na trzecim froncie. O Spartakusie Szarowola jeden z podkarpackich dziennikarzy napisał jesienią 2008 roku, że zespół ten ma szanse pobić wszelkie rekordy w ilości porażek w trakcie sezonu. Rzeczywiście – w pierwszej rundzie rozgrywek nie było najlepiej, bo szarowolanie zdobyli zaledwie 13 „oczek”. Od czego jest jednak wiosna? W niej Spartakus „dołożył” do swego dorobku 22 punkty i utrzymał się w lidze. Podobnych wyczynów dokonały też Tomasovia Tomaszów Lubelski (13 punktów jesienią i 25 wiosną) oraz Stal Mielec (14 i 21 punktów).
Przykłady te wskazują dobitnie radzynianom, że jeśli się bardzo chce, to z pewnością można. Czasami zaś wystarczy tylko sięgnąć pamięcią wstecz… Świetną wskazówką, jak skutecznie walczyć w rundzie rewanżowej i odrabiać straty, są także występy samych Orląt – tych z sezonu 2002/03. Po rundzie jesiennej „biało-zieloni” zajmowali wtedy piąte miejsce w tabeli i do prowadzącego Górnika II Łęczna tracili aż dziesięć punktów. Zrozumiałe zatem było, że nikt nawet nie wspominał o jakichkolwiek wyższych celach. Wiosną wszystko zmieniło się jak w kalejdoskopie. Jedenaście kolejnych wygranych sprawiło, iż w pewnym momencie strata do liderującej Tomasovii stopniała do zaledwie jednego „oczka”. Ostatecznie to tomaszowianie awansowali do III ligi, lecz Orlęta udowodniły, że są drużyną z charakterem i nie boją się wyzwań.
Historia lokalnego futbolu dostarczała jednakże i innych przykładów. Jeden z pierwszych meczów „biało-zielonych” w nowej podówczas IV lidze, sezon 2000/2001. Do beniaminka z Radzynia przyjeżdża faworyzowana Stal Kraśnik i… szybko traci dwa gole. Na domiar złego, kraśniczanie zaczynają grać w dziesiątkę po czerwonej kartce dla jednego z piłkarzy. W tym momencie dzieje się coś pozornie nielogicznego – Stal w ciągu zaledwie pięciu minut zdobywa trzy bramki i wywozi z Warszawskiej cenne zwycięstwo. Przypadek ten jest jednak niezrozumiały wyłącznie na pierwszy rzut oka. Po raz kolejny bowiem okazało się, że w chwilach przełomowych o sukcesie decyduje psychika, czynniki mentalne, zaś typowe wartości „mierzalne” (strata bramkowa, punktowa, gra w osłabieniu itp.) schodzą na dalszy plan.
Jak bowiem tłumaczyć zdarzenie, które miało miejsce w 1998 roku na Stade Velodrome w Marsylii? Miejscowy Olympique, naszpikowany gwiazdami pokroju Fabrizio Ravanellego i Christophe’a Dugarry’ego, przegrywał do przerwy 0:4 z Montpellier. Do dziś nie wiadomo, co marsylczycy usłyszeli w szatni od swego trenera, ale faktem jest, że mecz zakończył się ich zwycięstwem 5:4. Jakie myśli przychodziły do głów Portugalczyków (ze słynnym Eusebio w składzie) po 25 minutach spotkania z Koreą Północną na Mistrzostwach Świata w 1966 roku? Wynik 0:3 z przybyszami z Dalekiego Wschodu był sensacją porównywalną chyba tylko z porażką Anglii z amatorami z USA szesnaście lat wcześniej. Mecz trwa jednak 90 minut, a po końcowym gwizdku arbitra na tablicy wyników ukazał się rezultat 5:3 dla Portugalii. Przykłady można mnożyć – „pościg” Jugosławii za Słowenią na Mistrzostwach Europy w 2000 roku (z 0:3 na 3:3), finały Ligi Mistrzów: Liverpool – AC Milan w 2005 roku (z 0:3 na 3:3) i Manchester United – Bayern Monachium w 1999 roku (z 0:1 na 2:1, dwa gole w doliczonym czasie gry), dwumecz AC Milan – Deportivo La Coruna w 2004 roku (4:1 i 0:4)… Ponadto polskie „perełki”: pamiętne spotkanie Legia Warszawa – Widzew Łódź w 1997 roku (z 2:0 na 2:3 w doliczonym czasie gry), oraz pucharowe rywalizacje Wisły Kraków z Realem Saragossa w 2000 roku (1:4 i 4:1, awans Wisły), czy też łódzkiego Widzewa z Litexem Łowecz z Bułgarii rok wcześniej (triumf Polaków w identycznych okolicznościach).
Dwie opowieści, dwa ujęcia futbolowej dramaturgii – rozgrywki ligowe (skala makro) i pojedyncze spotkania (skala mikro)… Czyż jednak należy doszukiwać się różnic w dwóch rzeczach, w których właściwie chodzi o to samo? Futbol dotąd będzie przyciągał na stadiony i przed ekrany telewizorów tłumy kibiców, dopóty jego historię pisać będą wyznawcy zasady „impossible is nothing”. Warto o tym pamiętać zwłaszcza w przededniu straceńczej, zdawałoby się, misji radzynian w nadchodzącej rundzie wiosennej.
Źródło: orleta-spomlek.pl









