W 400-tysięcznym mieście wiodący klub nie ma gdzie trenować i grać. Motor Lublin musiał udać się na wygnanie do Pszczelej Woli.
Problemów na Zygmuntowskich zawsze było bez liku. Im nowsze, tym bardziej kuriozalne. Ostatni to prawdziwy absurd. Motor musiał trenować i przygotowywać się do sezonu w Pszczelej Woli, a mecze które miał rozegrać w pierwszym miesiącu sezonu u siebie, musiał poprzekładać lub zgodzić się na grę w gościach. Powód? MOSiR za późno wynajął firmę, która wykonała renowację stadionu. Jeśli ktoś grałby przed końcem sierpnia, klub nie miałby gwarancji na renowację.
Z jednej strony MOSiR broni się i wypomina władzom Motoru opieszałość w poinformowaniu o tak wczesnym rozpoczęciu sezonu, z drugiej jednak lubelski klub… nie mógł tego zrobić. – Spółka otrzymała licencję na grę dopiero 21 lipca, podczas gdy w czerwcu PZPN ogłosił terminarz. Przed 21 lipca MOSiR miał umowę ze Spartakusem i Motor nie mógł żadnych spraw regulować – wyjaśnia Agnieszka Smreczyńska-Gąbka, prezes lubelskiego klubu. A zatem czy wina leży jednak po stronie właściciela obiektu przy Zygmuntowskich? – Nie mnie to rozstrzygać – ucina krótko pani prezes. – Napływają do mnie informacje z Polski, że i inne zespoły mają podobne problemy. Tak jest choćby z Sokołem Sokółka. Wierzę, że MOSiR chciał jak najlepiej. Faktycznie zrobił się kłopot, mam jednak nadzieję, że szybko zażegnamy problemów – dodaje.
Formalnie wina leży po stronie… Spartakusa, który miał umowę o wynajem obiektu. Jednak przy niemal przyklepanej nieformalnie umowie przejęcia jego licencji przez Motor S.A nie w głowie szarowolan było przypominanie o szybszym ogłoszeniu przetargu na renowację.
Najbardziej poszkodowani są piłkarze i kibice. Pierwsi, bo nie mają gdzie grać (powraca temat braku porządnego stadionu w Lublinie), drudzy, bo swoją drużynę obejrzą dopiero 28 sierpnia. – Mam obietnicę ze strony MOSiR, że wtedy będzie można już wybiec na boisko – kończy Smreczyńska-Gąbka.
Grzegorz Kowalski/ futbolnews.pl
cyrk na kółkach









