Bogdan Bławacki: Chciałbym po raz drugi cieszyć się z sukcesu awansu do II ligi
Dodał: marek78 o godz. 14:53 dnia 26.01.2012

Obszernego wywiadu dla Tygodnika Tomaszowskiego udzielił nowy szkoleniowiec Tomasovii Bogdan Bławacki. Były trener Spartakusa Szarowola, rozpoczął pracę z zespołem 10 stycznia z dokładnie określonym celem – utrzymaniem trzeciej ligi w Tomaszowie.

Po półtorarocznej przerwie i wyjeździe z Lublina na Ukrainę zdecydował się Pan wrócić do Polski i znowu podjąć wyzwanie trenerskie, tym razem w Tomasovii. Rozumiem, że pozostał jakiś sentyment. Co skłoniło Pana do przyjazdu do naszego kraju i tym bardziej do Tomaszowa Lubelskiego?

- Kiedyś w prywatnej rozmowie z Panem mówiłem już, że korzenie Bławackich sięgają do Polski. Po drugie odległość Tomaszowa do rodzinnego Lwowa to tylko 100 kilometrów i ten aspekt ma również znaczenie w mojej decyzji. Po trzecie myślę, że polski futbol z materialnym zapleczem wyprzedza ukraiński, jest bardziej uporządkowany i ma czytelniejsze reguły.

Ale przecież Pana ostatnia praca w Lublinie, nie jest raczej porównywalna do tej z czasów Spartakusa, nie wspominając już o wynikach?

- Powiem tak, co do Motoru to był mój błąd. Gdyby wtedy przeszła tam cała drużyna Spartakusa, to do dnia dzisiejszego bym tam pracował, a pozycja zespołu w tabeli byłaby taka sama jak obecnie. Jednakże błędy w selekcji, brak czasu (trzy tygodnie do ligi), braki kadrowe w powiązaniu ze słabą selekcją sprawiły, że nie udało się stworzyć nowego zespołu na czas. Wtedy brane były jeszcze trzy inne warianty dotyczące mojej osoby i niestety ten nie był najtrafniejszy. Ale to już historia i nie chciałbym popełnić takiego błędu już w przyszłości.

Dużo się mówiło wtedy w kuluarach o konflikcie między sztabem trenerskim, a piłkarzami i to szczególnie tymi tzw. „starymi”, którzy nie chcieli zgodzić się na ciężką pracę i wysiłek podczas treningów. Doszło do tego, że dotarły do nas informacje, że zespół gra przeciw Panu. Czy potwierdzi Pan te informacje, czy je Pan zdementuje?

- Nie, to oczywiście nieprawda. Nie było między mną, a piłkarzami żadnych konfliktów. Bardzo dobrze rozumieliśmy wszyscy, jakie zadanie stoi przed nami. Co więcej nie było wcale tak, że źle graliśmy. Nawet w tych przegranych meczach wyglądaliśmy dobrze i co więcej tych meczów nie mieliśmy prawa przegrać. Dodatkowo pierwszych sześć meczy graliśmy na boiskach rywali, bo murawa w Lublinie nie była gotowa. To ciężki egzamin; nowy trener, nowy zespół i mecze na wyjazdach. A do tego organizacja pracy w Szarowoli była o głowę lepsza niż w Motorze. Logistyka katastrofalna, albo transportu nie było, albo wyżywienia, czy nawet boiska do treningu. I na domiar złego nie było wygranych.

Przez ten okres miał Pan możliwość oglądać zespoły trzecioligowe z Podkarpacia i Lubelszczyzny oraz drugoligowych rywali Motoru. Proszę powiedzieć czy zespoły z tych dwóch lig bardzo się od siebie różnią?

- Różnicy dla mnie praktycznie nie ma, jeżeli jest to są dwa trzy zespoły w drugiej lidze, które posiadają solidną kadrę, profesjonalną organizację i one nadają ton rozgrywkom, ale zarówno w jednej jak i drugiej lidze każdy może wygrać z każdym. A zespoły z czołówki III ligi mogą swobodnie grać z rywalami z II ligi.

Co działo się z Panem po okresie „lubelskim” ? Wyjechał Pan na Ukrainę i podjął pracę w zespole zaplecza ekstraklasy.

- Tak miałem półroczną przygodę z I-ligowym Energetykiem Bursztyn. Powierzono mi zadanie uratowania drużyny przed spadkiem z zaplecza ekstraklasy ukraińskiej. Trudne zadanie, bowiem musiałem ratować zespół dopiero w kwietniu. Na koniec graliśmy mecz ze spadkowiczem, który wygraliśmy 2:0 i utrzymaliśmy ligę. Zadanie wypełniłem, jednak później, kiedy przedstawiłem Prezesowi w punktach, jakich zmian potrzeba w drużynie, okazało się to tylko moją wizją. Realia były inne i żaden z tych projektów nie został spełniony. Do tego doszły jeszcze inne aspekty, o których nie chcę mówić, a na które nie mogłem się zgodzić i zdecydowałem się odejść. Tam było tak, że na sukcesy pracował sztab trenerski, a pozostali przychodzili na mecze jak do teatru.


foto: lubelskapilka.net

Dobrze. Przejdźmy teraz do tematu Tomasovii. Pamiętam Pana z czasów pojedynków derbowych ze Spartakusem , kiedy był Pan pod wrażeniem gry tomaszowian, nie ukrywając swoich pochlebnych opinii o umiejętnościach poszczególnych piłkarzy. Mówił Pan, że Tomaszów ma doskonałych kibiców, obiekt oraz wyszkolonych piłkarzy i zasługuje na wyższą ligę. A wtedy na pewno stadion by się zapełniał. Czy nadal tak Pan uważa?

- Oczywiście. Na dzień dzisiejszy musimy tak przygotować zespół, żeby w drugiej rundzie uniknąć spadku i takie mam główne zadanie. W głowie mam jednak plan, żeby zespół Tomasovii, tak jak wszystkie, w których pracowałem rozwijał się i szedł do przodu. Na pewno chciałbym po raz drugi cieszyć się z sukcesu awansu do drugiej ligi, ale na to trzeba czasu i ogromnej pracy, nie tylko mojej, ale przede wszystkim zawodników. Chciałbym, aby w 75-80 procentach taki awans wywalczyli miejscowi chłopcy, bowiem wszystkie warunki do tego tutaj w Tomasovii są! Rozmawiałem wiele z dyrektorem Pryciukiem i prezesem Witkowskim i wiem, że w każdym roczniku trzech, czterech chłopców nadaje się do gry w pierwszej drużynie. Myślę, że tak właśnie będzie, choć to na razie plany. Pracuję dopiero jedenaście dni, nie podpisałem na razie kontraktu. Jednak nie chciałbym zmieniać szybko pracodawcy, choć wiem, że na początku będzie ciężko. Im szybciej piłkarze przestawią się na taki tryb trenowania, jaki im przygotowuję, tym szybciej przyjdą efekty.

To czego oczekuje Pan od piłkarzy, jaki styl gry pokaże Tomasovia pod wodzą Bogdana Bławackiego?

- Na pewno będę wymagał od zespołu gry ofensywnej. Gdyby boisko podzielić na trzy strefy, to pierwsza (obrona) i druga (pomoc) – w nich piłkarze będą musieli grać na jeden-dwa kontakty. Więcej będą mogli jedynie napastnicy. Zawsze chciałem grać atakiem pozycyjnym, to mój zespół ma dyktować warunki na boisku, a nie czekać na to, co zrobi przeciwnik. Chciałbym, aby tak było też tutaj. To Tomasovii mają bać się rywale. Każdy zawodnik ma znać swoje zadanie i piłka ma szybko „chodzić” od nogi do nogi. Bieganie z piłką to nie mój styl i to będę starał się wyeliminować z gry zespołu.

Trener Bławacki znany jest z perfekcyjnego przygotowania do sezonu oraz okresu treningowego. Czy ma Pan już gotowy cały okres zimowych przygotowań?

- Tak, to podstawa. Mówiłem już piłkarzom, że do początku drugiej rundy musimy przejść 85 jednostek treningowych w tym 25 zajęć taktycznych. Rozegramy również w tym okresie dziesięć meczy sparingowych i trzy wewnętrzne gierki. Całość przygotowań podzielona jest na trzy etapy. Pierwszy zakończy się 28 stycznia meczem z Lublinianką, drugi potrwa do 17 lutego, a trzeci zakończy się przed pierwszym meczem sezonu. Pierwszy oczywiście obejmuje prace nad ogólną wytrzymałością m.in. zajęcia w siłowni, drugi pracę nad specjalną wytrzymałością i trzeci szybkość. Ale chciałbym, żeby na każdym z tych etapów były również ćwiczenia z piłką, na przykład na orliku. Na ostatnim treningu spytałem chłopaków co chcecie: biegać do lasu, czy na orlik? Wybrali orlik. Po treningu usłyszałem, a może lepiej było jednak do lasu…

Pamiętam, że na początku przygotowań razem z trenerem Gijem dokonywaliście procentowego określenia aktualnej stanu drużyny w kontekście tego, jaką chcecie widzieć. Ile procent z tego, co chciałby Pan zobaczyć jest teraz?

- Obecnie formę i stan zespołu określam na 10-15 procent. Dopiero za jakiś czas powiem panu jak to wygląda, a to dlatego, że nie wszyscy zawodnicy są w równym cyklu treningowym. Chociaż jeżeli mówimy o zestawieniu składu i pozycjach na boisku, to przygotowany jestem na trzy-cztery warianty.

To jasne, bowiem sporym problemem Tomasovii w trakcie sezonu były absencje piłkarzy czy to z powodu kontuzji, czy innych obowiązków…

- Kto będzie grał decydowała będzie rywalizacja na pozycjach. Pamiętać należy, że w każdym meczu musi grać dwóch młodzieżowców. Musimy być przygotowani na wszystkie warianty. Mam nadzieję, że już pierwszy obóz tutaj w Tomaszowie da odpowiedzi na wszystkie pytania odnośnie składu.

Zadam Panu teraz pytanie, na które odpowiedzi szukają niemal wszyscy kibice. Ilu obcokrajowców przewiduje Pan w składzie trzecioligowej Tomasovii?

- Niech kibice będą spokojni. Myślę, że w szerokiej kadrze znajdzie się pięciu, góra sześciu obcokrajowców, z czego w meczu nie powinno grac więcej niż trzech. Podkreślam, że będę kład nacisk na to, żeby w zespole grali miejscowi chłopcy z Tomasovii i regionu. Choć nie będą mogli odstawać od pozostałych. Chłopcy do tej pory mają w nogach już prawie siedemdziesiąt przebiegniętych kilometrów, więc różnice będą łatwe do zauważenia. Było to widać podczas meczu z Koroną.

Na koniec zapytam jeszcze jak na Pana ponowny wyjazd do Polski zareagowała żona. Przypomnijmy czytelnikom, że jest Pan żonaty od 26 lat, ma Pan dwoje dorosłych dzieci i… jest Pan pracoholikiem o niezwykle ciepłym i przyjaznym usposobieniu…

- Moje dzieci są już niezależne i samodzielne, zaś ja chciałbym swoja przyszłość związać z Polską i tutaj z żoną żyć i pracować. Jak będzie jednak nie wiem. Wiem za to na pewno, że czuję się tutaj spokojnie.

Czego zatem możemy Panu życzyć?

- Zdrowia przede wszystkim, zaś w sferze sportowej chciałbym oczywiście utrzymać zespół w tej lidze, choć siódme, szóste, a może i wyższe miejsce na koniec sezonu bardzo by mnie ucieszyło. Choć ogromną radość i taki wewnętrzny spokój daje mi już praca tutaj.

Dziękuję bardzo za rozmowę i życzę sukcesu z nową drużyną.

Rozmawiał Krzysztof Świętojański

źródło: Tygodnik Tomaszowski





Dodaj komentarz

Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy, które są tylko i wyłącznie prywatnymi opiniami czytelników serwisu. Redakcja zastrzega sobie jednocześnie prawo do usuwania komentarzy zawierających treści niecenzuralne, rasistowskie, antysemickie, nawołujące do przemocy, obraźliwe w stosunku do osób uczestniczących w dyskusji, osób publicznych, instytucji itp., komentarzy nie związanych z tematem artykułu, zawierających treści reklamowe, czy też treści znacząco odbiegające od ogólnie przyjętych norm społecznych.

Wszelkie prawa zastrzeżone © 2011 -

Lubelska Piłka